ODPOWIEDŹ NA SPROSTOWANIE

Mój komentarz do sprostowania: W przeważającej liczbie przypadków zagospodarowanie parków miejskich odbywa się na drodze przetargu, do którego powinny zostać dopuszczone tylko firmy specjalizujące się w zagospodarowaniu terenów zieleni. Tak stanowi ustawa z 29 stycznia 2004 Prawo zamówień publicznych. Bezpłatne zagospodarowanie parku przez firmę Maszoński Logistic stanowi promocję dla tej firmy, a promocja również jest formą „korzyści”.
Przy pracy nad artykułem korzystałam z 11 źródeł informacji, takich jak m.in: Wniosek Burmistrza Sulęcina o wydanie decyzji na wycięcie drzew z dnia 11 lutego 2014, znak: GKM.7021.19.2014; Protokół Starostwa Powiatowego z oględzin w dniu 25.03.2014 r. w Sulęcinie Działka Nr 297/3 Obręb 48 Sulęcin, w sprawie udzielenia zezwolenia na usunięcie drzew czy Decyzja, z dnia 13 marca 2014 r. zezwalająca na usunięcie 5 sztuk drzew gatunku robinia akacjowa (…) oraz 13 sztuk drzew gatunku topola osika (…).

SPROSTOWANIE

SPROSTOWANIE

  1.  Spółka Maszoński Logistic nie bierze udziału w postępowaniu zmierzającym do uzyskania zlecenia na zagospodarowanie parku w Sulęcinie.  Spółka wystąpiła do Burmistrza z propozycją uporządkowania terenu parku na własny koszt. Wszelkie czynności wykonają jej pracownicy w ramach wolontariatu, a spółka sfinansuje całość przedsięwzięcia z własnych środków.
  2. Do obowiązków pani Mirosławy Maszońskiej jako sekretarza gminy nie należą decyzje związane z zagospodarowaniem terenów gminy. Pokrewieństwo państwa Maszońskich nie miało więc wpływu na uzyskanie zgody w sprawie bezpłatnego zagospodarowania parku.
  3. W związku z powyższym, pani Maszońska nie „zrobiła sobie z urzędu gminy prywatnego folwarku”; nie naruszyła prawa ani zasad etyki.

 

PRZEPROSINY

Przepraszam panią Mirosławę Maszońską i pana Mirosława Maszońskiego za zamieszczenie w artykule „Wycinka drzew w Parku Szkolnym dowodem na układy w Urzędzie Miejskim w Sulęcinie?” insynuacji. Zgodnie z prawdą spółka Maszoński Logistic sp. z.o.o. sp. k. sfinansuje z własnych środków zakup roślin oraz małej architektury, a wszelkie czynności wykonają, w ramach wolontariatu, osobiście jej pracownicy. Przepraszam również panią Mirosławę Maszońską, Sekretarza Gminy Sulęcin, za sugerowanie zachowań uwłaczających godności urzędnika samorządowego.

park_sulęcin

WYCINKA DRZEW W PARKU SZKOLNYM DOWODEM NA UKŁADY W URZĘDZIE MIEJSKIM W SULĘCINIE?

Utrzymanie i pielęgnacja zieleni w miastach powinna być jednym z priorytetowych zadań gminy, gdyż parki miejskie i zadrzewienia przydrożne zaopatrują powietrze w tlen, a także pełnią ważne funkcje rekreacyjne i krajobrazowe. Znanym i często odwiedzanym terenem zielonym w Sulęcinie jest Park Szkolny (znajdujący się pomiędzy dworcem PKS, a budynkiem Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza) słynący z obecności wielu okazałych drzew. Niestety tą wizytówkę Sulęcina niedawno oszpecono wycinając w kwietniu i w lipcu 18 sztuk okazałych drzew, z których 5 stanowiły robinie akacjowe, a 13 z nich należało do gatunku topola osika.

O wycinkę wnioskowała gmina Sulęcin (za rządów burmistrza Michała Deptucha), a decyzję zezwalającą na wycinkę wydało Starostwo Powiatowe w Sulęcinie (za rządów Dariusza Ejcharta). Potrzebę wycięcia drzew urzędnicy gminy Sulęcin uzasadniali tym, że rosnące w parku topole i robinie nie są typowymi nasadzeniami parkowymi i pochodzą z samosiewu oraz stwierdzeniem, że część drzew jest uschnięta i stanowi zagrożenie dla osób wypoczywających na terenie parku. W uzasadnieniu wniosku o wycięcie drzew pojawiło się też stwierdzenie, że „planowane prace przy odtworzeniu pierwotnych założeń parkowych uniemożliwiają ich pozostawienie do dalszego wzrostu”. Jakie odtworzenie pierwotnych założeń parkowych wnioskodawca miał na myśli, tego do dziś nie wiemy. Na podstawie protokołu oględzin, sporządzonego dnia 25.03.2014 r, wiadomo jednak, że częściowo uschnięte konary miały niektóre robinie akacjowe, które były pochylone (niektóre były odchylone od pionu), co w oczach urzędników gminnych sprawiło, że stanowiły zagrożenie dla bezpieczeństwa ludzi korzystających z parku. Jednakże 13 drzew gatunku topola osika nie były drzewami uschniętymi i żadne z nich nie zagrażało użytkownikom parku. Piękne dające cień topole o obwodach 25 cm, 55 cm, 110 cm, 100 cm, 140 cm (2 szt.), 155 cm, 160 cm, 170 cm, 165 cm, 180 cm, 240 cm i 280 cm zostały więc usunięte tylko dlatego, że wg. urzędników są samosiewami i nie są typowymi nasadzeniami parkowymi. Wnioskodawca ani też wydający zgodę na wycinkę, urzędnicy starostwa nie wzięli jednak pod uwagę, że ważniejsza od „typowości” była w tym wypadku ekologiczna i rekreacyjna rola tych drzew, które stanowiły schronienie, lęgowisko i żerowisko dla ptaków (takich jak sikory, kosy, sroki,kawki, gąsiorki) i rzadkich gatunków owadów.

park_sulęcin

Miejsce po wyciętych drzewach w Parku Szkolnym straszy pustkami. Foto: Anna Ryńska

Pytani przeze mnie spacerowicze jak pani Halina Z. z Trzemeszna stwierdzili że nie podoba im się usunięcie 18 drzew z parku, gdyż ich zdaniem za mało jest w Sulęcinie zieleni i przez wycięcie drzew za mało cienia będzie w parku. Inne stałe bywalczynie parku stwierdziły że nie zostały przez gminę poinformowane o wycince tych drzew i że nie wiedzą w jakim celu te drzewa zostały wycięte. Moje rozmówczynie stwierdziły też, że szkoda każdego drzewa i że takie drzewo długo rośnie, a jak już jest to trzeba je szanować. Jedna z pań stwierdziła też, że dzięki drzewom mamy dużo świeżego powietrza.

Starostwo powiatowe zobowiązało gminę Sulęcin do zastąpienia wyciętych drzew nasadzeniami 54 szt. drzew gatunków rodzimych do dnia 31 grudnia 2015 r. Jak twierdzi pan Wojciech Mazurczak (pracownik Wydziału Gospodarki Komunalnej, Mieszkaniowej i Ochrony Środowiska) „nasadzenia zastępcze za wszystkie drzewa usunięte z terenów komunalnych w obrębie naszej gminy na podstawie wydanych w 2014 roku przez Starostę Sulęcińskiego decyzji, zostały już wykonane”.

Z informacji uzyskanych od pana Mazurczaka  wynika też, że dwie wstępne wersje koncepcji zagospodarowania Parku Szkolnego i Parku Bankowego są już gotowe. Chęć zagospodarowania części Parku Szkolnego na cele rekreacyjne wyraziła firma Maszoński Logistic z Sulęcina. Dziwnym „zbiegiem okoliczności” właścicielem owej firmy jest syn wieloletniej pracownicy gminy Sulęcin – pani Mirosławy Maszońskiej, pełniącej funkcję sekretarza gminy i Naczelnika Wydziału Spraw Organizacyjno-Administracyjnych.

Nasuwa się pytanie dlaczego to akurat firma specjalizująca się w transporcie towarów samochodami ciężarowymi miałaby się zająć zagospodarowaniem Parku Szkolnego na cele rekreacyjne i czy bliskie pokrewieństwo właściciela firmy Maszoński Logistic Sp. z o.o. Sp. k. z panią sekretarz gminy Sulęcin, pomoże jego firmie zdobyć to zlecenie? Jeśli tak się stanie i firma Maszoński Logistic faktycznie zajmie się zagospodarowaniem Parku Szkolnego – można będzie przypuszczać, że kolejna urzędniczka zrobiła sobie z urzędu gminy prywatny folwark??

Kolejnym przykładem oszpecania terenów zielonych w Sulęcinie było ogłowienie kilkunastu drzew rosnących na parkingu przy szpitalu powiatowym w Sulęcinie w 2013 r., w ten sposób, że niemal całkowicie pozbawiono je koron, przez co nie dawały cienia chorym przebywającym na dworze, ani też osobom je odwiedzającym. Oczywiście tak drastyczne pozbawienie drzew gałęzi naraża je na uszkodzenia mrozowe, a także czyni je bardzo podatnymi na choroby wirusowe, bakteryjne i grzybowe.

Ogłowione drzewa rosnące na parkingu przyszpitalnym w Sulęcinie

Ogłowione drzewa rosnące na parkingu przyszpitalnym w Sulęcinie. Foto.: Anna Ryńska

Zdaniem urzędników Wydziału Gospodarki Komunalnej, Mieszkaniowej i Ochrony Środowiska „wykonanie korekty koron drzew rosnących przy Szpitalu Powiatowym w Sulęcinie było jednym z warunków powstania lądowiska dla helikopterów lotniczego pogotowia ratunkowego.”

Tylko dlaczego ogłowiono także drzewa oddalone o kilkadziesiąt metrów od obecnego lądowiska helikopterów i czy na prawdę było to konieczne?

Autor artykułu i zdjęć: Anna Ryńska

cmentarz

ABSURDALNE PRZEPISY I PROCEDURY DOTYCZĄCE EKSHUMACJI

cmentarz

cmentarz Foto.: Anna Ryńska

W ostatnich latach popularne stało się łączenie grobów i dochowywanie zmarłych do już istniejących grobów. Wielu członków rodziny zmarłych decyduje się na ten krok aby zaoszczędzić i nie opłacać wielu kwater na cmentarzach. Myliłby się jednak ten kto by sądził, że procedura ekshumacyjna jest prosta i szybka. Niestety zgodnie z archaiczną ustawą o cmentarzach i chowaniu zmarłych z 31 stycznia 1959 roku na dochowanie zmarłych do już istniejącego grobu musi wyrazić zgodę Państwowy Powiatowy Inspektor Sanitarny. I tu zaczynają się schody, bo większość SANEPIDÓW ustaliła tak skomplikowaną i długotrwałą procedurę ekshumacji, że dla wnioskodawców jest to droga przez mękę. Pierwszą przeszkodą jaką napotyka na drodze wnioskodawca jest konieczność uzyskania zgody na ekshumację od małżonka, rodziców  zmarłego oraz od wszystkich krewnych zstępnych ekshumowanego zmarłego i od krewnych bocznych do czwartego stopnia pokrewieństwa. Oznacza to że formularze ze zgodą na ekshumację muszą wypełnić i podpisać też dzieci, wnuki i prawnuki ekshumowanego zmarłego oraz wujowie, ciotki, bratankowie, bratanice, siostrzenice i siostrzeńcy. Uzyskanie tych zgód jest obligatoryjnie wymagane przez SANEPIDY mimo, że w ustawie o cmentarzach i chowaniu zmarłych nie jest napisane, że wyżej wymienieni krewni muszą współdecydować o ekshumacji. Jest tam tylko zapis, że mają oni prawo do pochowania zwłok zmarłego. Tak więc czy żądanie od nich pisemnych zgód na ekshumacje nie jest nadinterpretacją prawa?. Ponadto do wybranego grobu nie można dochować innych zmarłych przed upływem 20 lat od daty pochowania w nim ostatniego zmarłego.

Kolejną procedurą wydłużającą czas oczekiwania na ekshumację zmarłych jest udzielanie tej zgody na drodze decyzji administracyjnej. W skutek tego nadgorliwi urzędnicy SANEPIDU wysyłają do wnioskodawcy i do wszystkich osób współdecydujących o ekshumacji zawiadomienie o wszczęciu postępowania, a następnie zawiadomienie o zakończeniu postępowania. Następnie do wszystkich tych osób wysyłane są decyzje o wyrażeniu zgody na ekshumację. Niestety produkcja dokumentów na tym się nie kończy. Kolejnym krokiem biurokratycznej procedury jest udział urzędników SANEPIDU w ekshumacji na cmentarzu i kontrola nad prawidłowością wykonania tego zabiegu. Pociąga to za sobą konieczność sporządzenia protokołu z ekshumacji, który jest kolejnym dokumentem produkowanym przez urzędników. Na tym nie koniec biurokratycznego korowodu, bo do wnioskodawcy wysyłana jest również decyzja rachunkowa w której znajduje się kwota jaką ten musi zapłacić za wszystkie czynności administracyjne i sporządzone dokumenty. Oczywiście przed wydaniem decyzji rachunkowej do wnioskodawcy znów są wysyłane kolejne zawiadomienia o wszczęciu i zakończeniu postępowania. W ten oto sposób osoba wnioskująca o ekshumację otrzymuje z SANEPIDU aż 7 pism dotyczących jednej sprawy. Koszty procedury ekshumacyjnej są różne w zależności od odległości do cmentarza, czasu trwania ekshumacji i ilości wysyłanych pism. Wnioskodawca może zapłacić mniej gdy urzędnicy Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej nie są obecni na ekshumacji. Jest to możliwe gdy ktoś z rodziny złoży oświadczenie, że będzie obecny na ekshumacji oraz gdy zgon osoby ekshumowanej nastąpił dawno czyli kilkadziesiąt lat temu. Koszt przykładowej jednej z tańszych ekshumacji na terenie Sulęcina bez udziału pracowników PSSE wynosił 51 zł, a droższej i dłużej trwającej ekshumacji z udziałem pracowników SANEPIDU wynosił 122 zł.

Warto więc się zastanowić czy konieczne jest wysyłanie zawiadomień o wszczęciu i zakończeniu postępowania skoro inne instytucje takie jak np. ARiMR lub urzędy gminy najczęściej tego nie czynią, wysyłając wnioskodawcy jedynie decyzję. A jeśli urzędnicy już koniecznie muszą wysyłać te zawiadomienia to czy nie należałoby ich wysłać tylko do wnioskodawców zamiast rozsyłać do wszystkich krewnych wyrażających zgodę na ekshumacje? Takie ograniczenie ilości produkowanych pism pozwoliłoby zaoszczędzić i zmniejszyłoby wydatki na papier, tusz i znaczki pocztowe. A może właśnie o to chodzi urzędnikom SANEPIDU aby przez wzrost ilości wysyłanych pism zawyżyć koszty postępowania administracyjnego i zwiększyć wpływy do kasy tej instytucji? Wiadomo przecież, że im wyższe koszty postępowania administracyjnego tym więcej musi zapłacić wnioskodawca.

Kolejnym ograniczeniem z jakim spotyka się osoba wnioskująca o ekshumację jest termin w którym można ją wykonać tj. od 16 października do 15 kwietnia.

Warto też zapytać po co właściwie udział sanepidu w procedurze ekshumacji i czy nie można by zmienić prawa w ten sposób żeby o ekshumacji decydowała tylko rodzina zmarłego, wybrana przez nią firma pogrzebowa oraz zarządca cmentarza? Taka zmiana prawa bardzo ułatwiłaby i przyspieszyła ekshumacje, ale znając polskie i unijne zamiłowanie do regulacji i kontroli w każdej dziedzinie życia jest to raczej scenariusz nierealny

tekst i foto: Anna Ryńska

dworzec_PKS

NOWY WŁAŚCICIEL I ZMIANY NA DWORCU PKS

dworzec_PKS

dworzec_PKS_w_przebudowie. Foto: Anna Ryńska

Od niedawna uwagę podróżnych i mieszkańców Sulęcina przykuwa demontaż płyt chodnikowych i starych budynków na dworcu PKS w mieście. Niedawno zniknęła wiata pod którą podróżni mogli się skryć przed deszczem, a od kilku miesięcy nie działa dworcowa poczekalnia. Podróżni korzystający z usług Sulęcińskiego PKS-u obawiali się, że dworzec z dogodnej dla pasażerów lokalizacji będzie przeniesiony w inne miejsce bardziej oddalone od centrum miasta. Na szczęście plotki o przeniesieniu PKS-u okazały się nieprawdziwe. Z informacji uzyskanych od kierownika placówki PKS w Sulęcinie pana Bogdana Furtaka wynika, że dworzec PKS obecnie jest w remoncie i że w przyszłości pozostanie w tym samym miejscu. Jedynie stanowiska dla autobusów będą przebudowane i przesunięte. Pytałam czy na nowym dworcu będzie poczekalnia dla podróżnych, ale pan Bogdan Furtak odmówił udzielenia odpowiedzi na to pytanie. Niepewny jest również los drzew rosnących na terenie dworca PKS. Wielu mieszkańców Sulęcina obawia się że w wyniku przebudowy dworca drzewa te zostaną wycięte, co byłoby niekorzystne dla przyrody oraz pogorszyłoby walory estetyczne tego miejsca.

Ciekawość mieszkańców Sulęcina wzbudza też nowy inwestor, któremu PKS sprzedał część terenu, na którym znajdował się dworzec autobusowy. Tym inwestorem okazała się firma INVESTPOL 700 sp. z o.o. z Inowrocławia. Okazuje się że spółka zamierza wybudować na tym terenie pawilon handlowy Mila posiadający część spożywczą, przemysłową oraz drobne powierzchnie handlowe do wynajęcia. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że według wielu mieszkańców w Sulęcinie jest już wystarczająco dużo zagranicznych marketów takich jak Netto czy Biedronka. Ponadto w  wyniku sprzedaży gruntu firmie INVESTPOL kupcy, którzy dotychczas prowadzili swoje sklepiki na terenie należącym do PKS-u Sulęcin, muszą się z stamtąd wyprowadzać  i szukać nowej lokalizacji dla swojego biznesu. Kwiaciarnia „ULMAR”, warzywniak „Witaminka” i słynny „Harput Kebap” pozostaną w dotychczasowej lokalizacji jeszcze tylko do końca tego miesiąca, gdyż z ostatnim dniem stycznia wygasają im umowy dzierżawy zawarte ze spółką PKS. Jak podkreśla Asen Asenow pracownik lokalu „Harput Kebap”, dotychczasowa lokalizacja koło dworca PKS była dla właścicieli restauracji bardzo korzystna. Wielu podróżnych oczekujących na autobus zachodziło dotąd po kebaba, pizzę turecką lub po inne danie z menu restauracji. Pracownik „Harput Kebap” zwrócił też uwagę na niski czynsz jak musieli dotychczas opłacać w porównaniu do czynszów w innych lokalizacjach, które wynoszą ponad 1000 zł miesięcznie. Również pani Barbara Salij sprzedawczyni w „Witamince” chwaliła starą lokalizację warzywniaka. Twierdzi ona, że wielu klientów  przyzwyczaiło się do miejsca koło dworca PKS i że znalezienie nowej równie korzystnej lokalizacji dla warzywniaka będzie trudne, a warunki najmu pewnie nie będą tak korzystne. Moi rozmówcy podkreślają również, że nie otrzymali od urzędu miasta propozycji alternatywnej lokalizacji.

Warto się więc zastanowić czy Sulęcinowi potrzebny jest nowy sklep wielkopowierzchniowy, który tam powstanie i dlaczego władze miasta nie zadbały dostatecznie o drobnych przedsiębiorców którzy dotychczas koło dworca handlowali.

tekst i foto Anna Ryńska

świnie

„Świńska histeria” i nadgorliwe prawo przyczyną strat wśród rolników

świnie

przydomowy chów świń

Pod koniec lipca w powiecie białostockim odkryto ognisko afrykańskiego pomoru świń (ASF). Okazało się że zakażenie wykryto tylko u 5 świń w jednym gospodarstwie rolnym w miejscowości Zielona oraz u 12 padłych dzików. Mimo tak niewielkiej liczby wykrytych zakażeń z 23 gospodarstw odebrano rolnikom świnie. U większości odebranych świń nie stwierdzono (laboratoryjnie) obecności wirusa ASF ani zakażenia tym wirusem. Z informacji uzyskanych w Wojewódzkim Inspektoracie Weterynarii w Białymstoku wynika, że rolnikom zamieszkałym w strefie zapowietrzonej odebrano 109 sztuk świń, które zlikwidowano metodą eutanazji i zutylizowano.

Z badań naukowych wynika, że wirus ASF nie przenosi się na ludzi, Zakażenie nie grozi również osobie która spożyje (poddane obróbce termicznej) mięso świni zarażonej wirusem ASF. Dlaczego więc niezarażone świnie odebrane rolnikom nie zostały przeznaczone do przetwórstwa, tylko zutylizowane? Przemysław Nawrocki z-ca Wojewódzkiego Lekarza Weterynarii w Białymstoku odpowiedział, że „(…) w przypadku przeznaczenia świń do uboju w celu spożycia przez ludzi istnieje niebezpieczeństwo biernego przeniesienia wirusa ASF do innych gospodarstw i narażenia gospodarki narodowej i budżetu państwa na  duże straty ekonomiczne.” Z pełną odpowiedzią z-cy Woj. Lek. Weterynarii można zapoznać się poniżej

odpowiedź_Inspekcji_Weterynarii_ws._afrykańskiego_pomoru

Oczywiście cała procedura zwalczania ogniska ASF przebiegła sprawnie i szybko, ale koszty całej operacji zapewne były ogromne, wliczając w to koszty postępowania administracyjnego, dojazdu przedstawicieli Inspekcji Weterynaryjnej do rolników, transportu zakażonych i niezakażonych świń oraz koszty ich uboju i utylizacji. Oczywiście wszystko to zostało sfinansowane z pieniędzy podatników. Do tego dochodzą straty jakie ponieśli rolnicy ze strefy zapowietrzonej, którzy mogliby z zyskiem sprzedać żywe zwierzęta lub żywiec wieprzowy. Można więc powiedzieć, że koszty poniesione przez urzędników Inspekcji i koszty odszkodowań również naraziły gospodarkę narodową i budżet państwa na straty.

Oczywiście rolnicy, którym odebrano i zutylizowano świnie otrzymali odszkodowania, ale nie zmienia to faktu, że znacznie taniej byłoby wybijać i utylizować wyłącznie świnie zakażone, zamiast wybijać świnie, które „potencjalnie mogą być źródłem zakażenia”. Znacznie mniejsze byłyby wtedy straty wśród rolników oraz kwoty odszkodowań.

Jakby tych zakazów było mało – rolnicy mieszkający w strefie zapowietrzonej (nawet ci u których nie stwierdzono obecności wirusa ASF w gospodarstwie) będą mięli zakaz prowadzenia hodowli trzody chlewnej przez 3 kolejne lata!!! (źródło: portal Farmer.pl). Cała ta „świńska histeria” jest spowodowana zapisami art. 45 ust. 1 pkt 1,2,3,4,7 Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o ochronie zdrowia zwierząt oraz zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt oraz przepisami unijnymi. Zgodnie z zapisami tej ustawy Powiatowy Lekarz Weterynarii w Białymstoku ustalił tzw. obszar zapowietrzony o promieniu 3 km od ogniska choroby. Dla przeciętnego Kowalskiego nazwa „obszar zapowietrzony” nie jest niczym strasznym, ale już wczytując się w Rozporządzenie nr 1/2014 Powiatowego Lekarza Weterynarii w Białymstoku dowiadujemy się jakie ograniczenia wolności oraz prawa własności wprowadza się wyznaczając taki obszar. Oto przykładowe zakazy wprowadzane przez § 2 tego rozporządzenia:

  • Zakaz wywożenia świń oraz materiału biologicznego świń z gospodarstw bez zgody Powiatowego Lekarza Weterynarii w Białymstoku;
  • Zakaz transportu świń po drogach publicznych lub prywatnych, z wyłączeniem dróg w gospodarstwie,
  • Zakaz wywożenia i rozrzucania ściółki oraz nawozu naturalnego pochodzącego od świń bez zgody Powiatowego Lekarza Weterynarii w Białymstoku;

Wychodzi na to że, jeśli rolnik ze strefy zapowietrzonej będzie chciał nawozić pole świńskim gnojem, to będzie musiał pisać pisma (do powiatowego lekarza weterynarii) z prośba o zgodę na ten „proceder”

W §2 6) owego rozporządzenia, zakazano nawet organizowania widowisk, zgromadzeń i pochodów. Idąc tym tokiem myślenia może Inspekcja Weterynaryjna powinna zakazać rolnikom wychodzenia z domów bo „potencjalnie mogą być” nosicielami wirusa? Może wkrótce z prewencją pójdziemy jeszcze dalej i Inspekcja Transportu Drogowego będzie zakazywać kierowcom prowadzenia samochodów bo „potencjalnie mogą być sprawcami wypadków”?

Jak widać więc nadgorliwe prawo unijne i krajowe doprowadza do absurdów, które już nie śmieszą, ale pozostawiają rolnika bezradnym wobec aparatu urzędniczego.

Autor felietonu i zdjęcia:  Anna Ryńska

pole uprawne

Absurdalne propozycje PSL w kwestii obrotu ziemią

Od kilkunastu miesięcy rolnicy protestują przeciwko wykupowaniu ziemi przez obcokrajowców, za pośrednictwem podstawionych osób (tzw. słupów). Jak dotąd rządzący nie mogli znaleźć rozwiązania tego problemu. Aż do lipca tego roku, kiedy to pojawił się projekt ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego oraz o zmianie niektórych innych ustaw, autorstwa grupy posłów PSL (projekt ustawy można przeczytać tu). Niestety będzie to kolejny ustawowy bubel, który zamiast ułatwiać rolnikom zakup ziemi, wprowadzi nowe ograniczenia dla sprzedających i kupujących oraz zwiększy władzę urzędników. Portal onet.pl/biznes donosi, że wg. projektu ustawy, przetargi ograniczone na powiększanie gospodarstw rodzinnych byłyby dostępne jedynie dla rolników, którzy minimum pięć lat mieszkają w gminie, w której położone są grunty lub w gminie sąsiedniej.

Zdaniem wielu wolnościowych komentatorów Jest to bardzo istotne ograniczenie dostępu do ziemi. Można przypuszczać, że gdy takie rozwiązanie wejdzie w życie, dojdzie do tego że np. rolnik mieszkający w powiecie słubickim nie będzie mógł kupić ziemi położonej w powiecie sulęcińskim (pomimo niewielkiej odległości między tymi powiatami).

Jeszcze większe ograniczenia i uznaniowość, wprowadza zapis zwiększający uprawnienia Agencji Nieruchomości Rolnych i wprowadzający obowiązek pośredniczenia tej instytucji w wielu transakcjach kupna–sprzedaży nieruchomości rolnych (poza wyjątkami określonymi w ustawie). Wg. projektu, to dyrektor oddziału ANR będzie wydawać decyzje czy przykładowy Jan Kowalski może podzielić gospodarstwo rolne lub przenieść jego własność. Nawet o cenie nieruchomości sprzedający nie będzie mógł decydować sam, lecz będzie ją musiał uzgadniać z ANR. Kolejnym absurdem przewidzianym w projekcie ustawy jest szukanie nabywców nieruchomości za pośrednictwem Izb Rolniczych, które będą sporządzać dla ANR tzw. wykaz rolników indywidualnych zainteresowanych nabyciem sprzedawanej nieruchomości. Art. 15 omawianego bubla prawnego przewiduje, że rolnicy wyszukiwani przez Izby będą musieli zamieszkiwać w gminie, w której położona jest nieruchomość lub w gminie sąsiedniej. Jeśli Izbie Rolniczej nie uda się znaleźć chętnych spełniających te kryteria –wówczas sprzedawaną ziemię będzie mogła kupić Agencja Nieruchomości Rolnych

Kolejnym chybionym pomysłem zawartym w projekcie ustawy jest obowiązek prowadzenia przez ANR rejestru nieruchomości rolnych. W rejestrze będą gromadzone dane o tym kto jest właścicielem (posiadaczem) nieruchomości rolnej, numer i powierzchnia działki oraz rodzaj użytków rolnych. Mają się tam znaleźć też informacje o numerze księgi wieczystej, dane dotyczące podstawy władania nieruchomością rolną oraz np. data zakupu działki.

Na domiar złego art. 8 projektu ustawy przewiduje, że przykładowy rolnik (lub inny podmiot) który kupi nieruchomość, będzie musiał złożyć w ANR wniosek o wpis do rejestru (albo o dokonanie zmiany tego wpisu) w terminie 14 dni od dnia zakupienia działki. Oczywiście za niezłożenie wniosku w terminie rolnik będzie musiał zapłacić 500 zł tzw. „opłaty”, a jeśli rolnik nie złoży wniosku w ogóle, to postępowanie „o wpis do rejestru” zostanie wszczęte z urzędu i „biedak” będzie musiał zapłacić za to już 1000 zł!!. „Dobrotliwy ustawodawca” (w art. 8.4) dopuszcza, by rolnik mógł napisać wniosek do dyrektora ANR, który łaskawie może odstąpić od pobierania opłat……

Po co więc tworzyć taki rejestr skoro większość danych, które będą tam gromadzone można znaleźć od dawna w Ewidencjach gruntów i budynków? Niektórzy twierdzą, że wprowadzenie obostrzeń i decyzyjności w kwestii obrotu ziemią ma zapewnić dodatkowe zajęcie pracownikom Agencji Nieruchomości Rolnych (a może i nowe etaty członkom i sympatykom PSL-u)?. No cóż… Wybory się zbliżają, więc trzeba „zmobilizować” elektorat. Tylko dlaczego odbywa się to kosztem rolników, dla których ta ustawa może być „niedźwiedzią przysługą”?. Najgorsze jest to, że sami rolnicy nie zdają sobie sprawy, że forsując obronę polskiej ziemi „strzelili sobie w kolano”. A pomysłodawcy projektu, zamiast ułatwiać gospodarzom życie, jeszcze bardziej uzależnią ich od decyzji urzędniczych i narażą na dodatkowe koszty.

Autor felietonu Anna Ryńska

monokultura_sosnowa

PROPAGANDA LEŚNIKÓW – CZYLI O CO CHODZI OBROŃCOM LASÓW PAŃSTWOWYCH

monokultura_sosnowa

Monokultura sosnowa na siedlisku boru mieszanego. Foto.: Anna Ryńska

W lutym tego roku, została wprowadzona nowelizacja ustawy o lasach z dnia 28 września 1991 r. Jednak, nawet po podpisaniu jej przez prezydenta, nie milkną głosy „obrońców Lasów Państwowych”, a w mediach i w środowiskach leśników obserwujemy nagonkę na wszelkie próby zreformowania tej zbiurokratyzowanej instytucji. Wśród obrońców monopolu Lasów Państwowych”  przoduje były ministrem środowiska (i leśnik) Jan Szyszko, znanym m.in. z planów „zaorania” Doliny Rospudy*. Warto się zastanowić skąd u orędownika inwestycji drogowych na obszarach chronionych, nagła chęć „obrony przyrody”? Może odpowiedzią będzie przysłowie, że jeśli nie wiadomo o co chodzi – to chodzi o pieniądze? Zapewne tak jest, gdyż w wyniku nowelizacji ustawy o lasach, Generalna Dyrekcja Lasów Państwowych będzie musiała przekazywać do budżetu państwa 2% przychodów ze sprzedaży drewna (źródło: serwis gazeta prawna.

Tak gorliwa obrona majątku Lasów Państwowych wynika z faktu, że instytucja ta (określana mianem „państwa w państwie”) funkcjonuje na zasadzie samodzielności finansowej, pokrywając koszty działalności z własnych przychodów. Oznacza to, że do tej pory Lasy Państwowe czerpały ogromne zyski z handlu drzewem (i z opłat za tzw. odlesienie) i nie musiały dzielić się nimi z budżetem państwa (czyli z innymi podatnikami). Stanowiło to ewenement wśród spółek zarządzających publicznym majątkiem. Ponadto niektórzy Nadleśniczowie traktują powierzone im w zarząd lasy jak „prywatny folwark” i często prowadzą zbyt intensywne wycinki i zabiegi pielęgnacyjne. Leśnicy zarzucą mi pewnie, że rębnie i inne zabiegi są narzucane Nadleśnictwom w Planie Urządzania Lasu, który sporządza najczęściej Biuro Urządzania Lasu (także instytucja państwowa). Oczywiście jest to prawda, ale nie od dziś wiadomo, że pomiędzy instytucjami państwowymi panuje zasada „kruk krukowi oka nie wykole”…..

Poziom dezinformacji na temat zasad działania Lasów Państwowych, doprowadził do tego, że gorliwymi obrońcami tej instytucji stały się nawet organizacje katolickie, takie jak np. Radio Maryja. Większość z nich nie ma „zielonego pojęcia” o gospodarce leśnej i ochronie przyrody. Jednak brak wiedzy, nie przeszkadza im siać spustoszenia w głowach Gospodyń Wiejskich ;-) . Przejawem tego zbiorowego ogłupienia są chociażby msze odprawiane w intencji powstrzymania „tej strasznej prywatyzacji” lub wygłaszane podczas kazań bezmyślne frazesy w stylu: „Lasy Państwowe racz zachować Panie”. Podobne „lamenty” (choć w mniej dramatycznym tonie) słychać w wypowiedziach niektórych dziennikarzy, którzy wieszczą, że konieczność oddawania państwu 2% przychodów z handlu drewnem, przyczyni się do rychłego wycięcia wszystkich lasów w Polsce ;-) . Te dramatyczne scenariusze to tylko demagogia, gdyż Lasy Państwowe nie są (i długo nie będą) zagrożone likwidacją. A o prywatyzacji tego molocha można na razie zapomnieć. Natomiast osoby rozdzierające szaty nad „tragicznymi” skutkami omawianej (pseudo)reformy – informuję, że jest to tylko kosmetyka, która nie wprowadza większych zmian w zarządzaniu lasami. Głównie dlatego, że lobby ponad 20 tys. pracowników nadleśnictw jest zbyt silne (i zbyt bogate), aby pozwolić politykom na ograniczanie swojej władzy, a tym bardziej na prywatyzację gruntów leśnych. Pozbawiliby się wtedy przecież kury znoszącej złote jajka……

Rozsądniejsze podejście do tematu omawianej nowelizacji prezentują pozarządowe organizacje przyrodnicze, które w większości popierają ideę, aby Lasy Państwowe dzieliły się z resztą społeczeństwa zyskami ze sprzedaży drewna. Do przyrodników, krytykujących rabunkową gospodarkę leśną prowadzoną przez Lasy Państwowe należy m.in. Adam Wajrak. W swoim manifeście (Gazeta Wyborcza – Manifest Wajraka) pisze on, że w latach 2011-12 przychody Lasów Państwowych ze sprzedaży drewna wynosiły około 6,5 mld zł!!!. Z „Manifestu” dowiadujemy się też, że w 2012 r. średnia pensja pracownika LP wynosiła ok. 7 tys. zł, a Nadleśniczowie zarabiali nawet 18 tys. zł miesięcznie !!!!.

Straszenie pogorszeniem kondycji ekologicznej lasów (na skutek nowelizacji) to także bicie piany dlatego, że  (jak wynika z moich badań) w wielu Nadleśnictwach od lat niemiłosiernie trzebione są cenne ekosystemy. Wspominany przez leśników ustawowy obowiązek ochrony ekologicznych funkcji lasów, istnieje już tylko na papierze:

Oto kilka przykładów tego, jak prowadzona jest w Polsce tzw. „racjonalna gospodarka leśna”: 

  1. Już przed nowelizacją, większość Nadleśnictw prowadziła intensywną (wręcz rabunkową) gospodarkę leśną i wycinki, nawet w chronionych Parkach Krajobrazowych i Obszarach Chronionego Krajobrazu.
  2.  Pod hasłem „racjonalnej gospodarki leśnej” od lat trzebione były cenne buczyny i grądy (czyli siedliska z listy Natura 2000). Wycinki prowadzono też na stromych i urwistych stokach narażonych na erozję gleby w wyniku usunięcia drzew;
  3. Już od lat podczas wycinek i uprawy gleby (np. w Nadleśnictwie Sulęcin) niszczone były (świadomie lub nie) cenne stanowiska roślin chronionych, rzadkich i zagrożonych oraz roślinność runa leśnego;
  4. Zamiast naturalnych odnowień, Nadleśnictwa prowadziły „uprawę monokultur” – najczęściej sosnowych. Efektem są połacie sztucznych borów sosnowych (sadzone jak od linijki i to na siedliskach żyźniejszych lasów mieszanych). Takie monokultury sosnowe są znacznie bardziej narażone na gradacje szkodników i pożary, niż wielogatunkowe ekosystemy lasów mieszanych.
wycinka-buczyn-nadleśnictwo-sulęcin

Wycinka kwaśnych buczyn niżowych (siedliska z listy Natura 2000) w Nadleśnictwie Sulęcin. Foto: A. Ryńska

Oczywiście jest parę Nadleśnictw, które stawiają bardziej na ochronę przyrody, wód i gleb, ale są one w mniejszości, a system zarządzania Lasami Państwowymi nie sprzyja prośrodowiskowej gospodarce leśnej. Dlatego lasy są w opłakanym stanie ekologicznym już od wielu lat, a niedawna nowelizacja raczej niewiele w tej kwestii zmieni. W tej dziedzinie potrzeba szerszych i bardziej systemowych zmian.

Tekst i foto: Anna Ryńska

.

* – żart, ironia, metafora

TRANSFER Z OFE DO ZUS. CZYŻBY KOLEJNY SKOK NA KASĘ POLAKÓW?

ostatnia edycja tekstu: 07.02.2014 r.

3 lutego tego roku został wykonany gigantyczny przelew składek emerytalnych Polaków (zgromadzonych w OFE) na konto Zakładu Ubezpieczeń Społecznych – czyli „osławionego” ZUS-u. Na mocy znowelizowanej niedawno ustawy emerytalnej państwo polskie zakazało Otwartym Funduszom Emerytalnym dalszego inwestowania w obligacje skarbowe. W wyniku nowych regulacji OFE musiały przekazać wszystkie środki finansowe (zdobyte dzięki inwestycjom w obligacje) na konto ZUS-u.  Całkowita kwota przekazana do ZUS stanowiła aż 51,5 proc. wartości aktywów Otwartych Funduszy Emerytalnych, czyli 153,15 mld zł (źródł: Polska The Times). Ze strony (nie)rządu Polski był to istny majstersztyk, bo nagle (dzięki tej operacji) dług publiczny naszego „pięknego kraju” niemal w magiczny sposób zmniejszył się aż o 134 mld zł (źródło: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,opage,7,title,Opozycja-krytykuje-transfer-pieniedzy-z-OFE,wid,16379040,wiadomosc.html?ticaid=112281).  

Cóż z tego, skoro projekt krytykowany jest przez wielu ekonomistów – w tym Leszka Balcerowicza, który na nowelizacji ustawy nie pozostawia suchej nitki. Twierdzi on ponadto, że wprowadzone niedawno zmiany dążą do likwidacji II filaru systemu emerytalnego, co zmniejszy bezpieczeństwo naszych składek (i przyszłych emerytur), gdyż ich wysokość będzie zależała tylko od jednego źródła – czyli od państwowego systemu. Oznacza to w praktyce monopolizację w sektorze. Z opinią Leszka Balcerowicza o nowelizacji systemu emerytalnego możecie zapoznać się na stronie Polska The Times

Ponadto inni ekonomiści twierdzą, że przeniesienie pieniędzy z OFE do ZUS to tylko fikcyjny zysk dla budżetu państwa, gdyż skutkiem tego, będzie zaciągnięcie przez państwo polskie pewnego rodzaju „kredytu” względem przyszłych emerytów. Innymi słowy, polski rząd będzie musiał w niedalekiej przyszłości zwrócić emerytom, te pieniądze, które im zabrał i przelał na konto ZUS. A skąd je weźmie, jeśli nie z naszej kieszeni? Bo przecież nie ma czegoś takiego jak „państwowe pieniądze”, gdyż wszystkie środki, które rząd uznaje za własność budżetu państwa, to tak naprawdę PIENIĄDZE WSZYSTKICH POLAKÓW, pochodzące ze składek i podatków przedsiębiorców i pracowników. Czy możemy się zatem spodziewać, że wspaniałomyślni rządzący obłożą nas nowym podatkiem, aby zyskać środki na oddanie długu emerytom? A może obetną, w tym celu, dotacje na służbę zdrowia lub szkolnictwo?  Możliwe są wszystkie te scenariusze, ale żaden z nich nie jest korzystny dla przeciętnego Kowalskiego.

Dla wielu przyszłych emerytów oraz właścicieli i pracowników OFE, ta operacja (określana łagodnie mianem „transferu”) to zwykły „skok na kasę” zgromadzoną przez obywateli, oszczędzających na swoje emerytury. Co więcej, takie postępowanie rządu znacznie osłabi pozycję OFE i najprawdopodobniej nadszarpnie stabilnością finansową Otwartych Funduszy. Takie posunięcie polskich władz może wręcz doprowadzić do upadku Otwartych Funduszy Emerytalnych (w których pracuje wiele wykształconych osób). Skutkiem tego będzie wzrost bezrobocia, a co za tym idzie zmniejszeniem ilości wpłacanych za pracowników składek emerytalnych, macierzyńskich i zdrowotnych. Czy takie postępowanie ma służyć interesom obywateli?

Warto więc zadać sobie pytanie dlaczego polski rząd naraża wiele firm na upadek, a pracowników OFE na widmo bezrobocia? Czy cel jakim jest stworzenie złudzenia mniejszego długu publicznego usprawiedliwia takie działania? Sądząc po forsowaniu znowelizowanej ustawy przez premiera i większość ministrów (mimo krytycznych opinii ekonomistów o nowych przepisach), można przypuszczać, że „rozbicie i (w dłuższej perspektywie) likwidacja OFE jest celem rządu. Cóż, najwyraźniej obecnie rządzącym politykom bardziej zależy na „manipulowaniu liczbami” i propagandzie sukcesu niż na interesie obywateli. Za takimi zamiarami rządu zdaje się też przemawiać kolejny bulwersujący zapis – a mianowicie wprowadzenie zakazu reklamy OFE w mediach. Za złamanie tego absurdalnego zakazu grożą kary finansowe w wysokości od 1 do 3 mln zł. Tak rygorystyczne przepisy (skutkujące blokowaniem obywatelom dostępu do informacji) przypominąjące PRL-owską cenzurę, nie zdarzyły się w Polsce od dawna. Według prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych Małgorzaty Rusewicz zakaz ten jest niekonstytucyjny, gdyż uniemożliwia on wypowiedzi ze strony towarzystw emerytalnych, na przykład dotyczące ostatnich stóp zwrotu OFE (źródło: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Od-jutra-zakaz-reklamowania-OFE-3036689.html).

Wobec tak wielu „kłód” rzucanych pod nogi OFE przez polski rząd nietrudno przewidzieć jaki los czeka Otwarte Fundusze Emerytalne.  Jeśli nie weźmiemy sprawy w swoje ręce i nie zadeklarujemy do końca lipca, że chcemy nadal przekazywać składki do OFE, trzeba się liczyć z upadkiem wielu funduszy. Poczynania państwa polskiego wobec OFE są absurdalne również z tego względu, że jednym z zadań rządu i instytucji państwowych jest wspieranie powstawania przedsiębiorstw. Takie zmiany jak te w systemie emerytalnym, będą miały raczej odwrotny skutek.

Osobom ceniącym demokrację i równość podmiotów wobec prawa, takie rozwiązania jak zakaz reklamy legalnie działającej firmy, wydawały się dotąd w wolnej Polsce nie do pomyślenia. A jednak….jak widać konstytucyjne prawa własności i wolność wypowiedzi widnieją już tylko na papierze. Pozostaje mieć nadzieję, że Trybunał Konstytucyjny ukróci legislacyjną samowolkę.

krem w foliówce

„PLASTIC FANTASTIC” CZYLI OPAKOWANIOWE SZALEŃSTWO

krem w foliówce

2 przedmioty : krem i długopis zapakowane niepotrzebnie w torebkę foliową   Autor zdj. A. Ryńska

W przededniu świątecznego szału zakupów, chciałam zwrócić uwagę na dość istotny problem który, w erze globalizacji, hipermarketów i wszechobecnego marketingu, umyka uwadze większości społeczeństwa.  Chodzi tu o wytwarzanie nadmiernej ilości opakowań oraz o wszechobecne torebki foliowe, wciskane przez ekspedientki każdemu klientowi. Biorąc pod uwagę rosnące hałdy śmieci, jest to problem poważny, choć na tyle lekceważony, że większość osób go nie zauważa. Powiem nawet, że te wszechobecne foliówki oraz plastikowe i tekturowe opakowania na tyle wrosły w naszą rzeczywistość, że niektórzy nie wyobrażają sobie bez nich życia albo biorą je odruchowo (kupując nawet 1 rzecz). Następnie, równie mechanicznie i bezmyślnie, wyrzucają do najbliższego kosza na śmieci.

Proceder wciskania przez ekspedientów torebek foliowych stał się w ostatnich latach tak powszechny i nie do zniesienia. Nie wiem jak was, ale mnie po prostu szlag trafia jak idę do apteki po 2 pudełeczka leków (które mogę zmieścić w torebce) a pani aptekarka, jeszcze zanim zapłacę, atakuje mnie torebką foliową. No oczywiście mówię już na wstępie, że torebki nie chcę lub nie potrzebuję, ale przychodzę za tydzień i sytuacja się powtarza. Większość z klientów daje za wygraną i bierze te chol…rne torebki, a potem wyrzuca albo po prostu bierze z przyzwyczajenia. To samo przy zakupie ciuchów czy bielizny……No zastanów się ekspedientko – „ofiaro marketingu*” – po co mi torebka foliowa na jedną parę skarpetek, skoro mam torebkę lub torbę na zakupy?????!!! POMYŚL TROCHĘ – PRZEANALIZUJ CO SIĘ STANIE Z TĄ TOREBKĄ JEŚLI MI JĄ DASZ….. Nie trzeba być Einsteinem żeby wiedzieć, że wyląduje w koszu po rozpakowaniu zakupów w domu!!!! Dlaczego osoby sprzedające w tych butikach i aptekach nie doznały olśnienia, że podczas spalania i utylizacji foliówek tworzą się toksyczne i rakotwórcze dioksyny, metale ciężkie i węglowodory, które potem wszyscy wdychamy….Najgorsze jest to, że klienci napędzają tą toksyczną spiralę….

Podobnie sprawa się ma z produktami spożywczymi np z ciastkami. Szczytem absurdu i ignorancji są ciastka zapakowane w plastikową foremkę, która jest opakowana w przezroczystą folię i w takiej formie umieszczona w tekturowym kartoniku. Kolejny absurd to sery żółte krojone w plastry, z których każdy jest oddzielony osobną folią.

W całej sprawie nie chodzi tylko o ekologię ale także o irracjonalność i znacznie większe koszty takich rozwiązań. Bo przecież oczywiste jest, że taniej wytworzyć i zutylizować jedno opakowanie niż 3!!!! Ale najwyraźniej do producentów żywności ten prosty fakt nie dociera…..bo przecież ciasteczko musi ładnie błyszczeć przez folię, a lakier powinien skapywać z opakowania, żeby barwy rzucały się w oczy. Blichtr i marketing ponad wszystko …..co tam kogo obchodzi powietrze, rtęć, ołów i oszczędność materiału skoro i tak „ciemny lud wszystko kupi” – parafrazując słowa pewnego znanego polityka Jacka K. ;-) .  Że nie wspomnę o ogromnych blistrach tabletek zawierających 5 kapsułek, mimo że zmieściłoby się tam 10…..  Więc po co marnować tyle aluminium i tworzywa???? No może po to żeby ludzie kupili więcej opakowań danego specyfiku (a więc wydali więcej pieniędzy) żeby mieć potrzebną ilość tabletek???

A przecież przepis art. 11 Ustawy z dnia 13 czerwca 2013 r. o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi mówi wyraźnie

Wprowadzający opakowania jest także obowiązany ograniczać ilość i negatywne oddziaływanie na środowisko substancji stosowanych do wytwarzania opakowań oraz wytwarzanych odpadów opakowaniowych w taki sposób, aby objętość i masa opakowań były ograniczone do niezbędnego minimum wymaganego do spełnienia funkcji opakowania (…)”

blister leku

Na  blistrze tej wielkości z pewnością zmieściłoby się 15 tabletek….. Foto: A. Ryńska

Skoro więc nie można wpłynąć na producentów to apeluję do was – kupujących:

NIE DAJMY SIĘ ZWARIOWAĆ PRZEDŚWIĄTECZNEJ GORĄCZCE I NIE KUPUJMY RZECZY, KTÓRYCH NIE POTRZEBUJEMY

NO I PRZEDE WSZYSTKIM NIE DAJMY SOBIE WCISKAĆ FOLIÓWEK DO KAŻDEGO ZAKUPIONEGO KOSMETYKU LUB PUDEŁKA LEKÓW.

Pozdrawiam i życzę udanych (a raczej przemyślanych) zakupów….

tekst i foto.: Anna Ryńska

„*” – metafora, żart, określenie ironiczne